Tułaczy los Pana Mietka

Urodziłem się w 1931 r. w Mosznie, pow. Wołkowysk, woj. białostoc­kie. Tutaj uczęszczałem do szkoły podstawowej, a potem pomagałem dziadkom i rodzicom na gospodar­stwie.

Dnia 10.04.1951 r. zostałem po­wołany do odbycia służby wojskowej w Armii Radzieckiej. A mój ojciec słu­żył w Legionach Polskich, w 1920 walczył z bolszewikami. I zawsze po­wtarzał: Synu, jesteś Polakiem, nie będziesz służył w sowieckiej armii. Czasy muszą się zmienić. Posłucha­łem ojca i nie stawiłem się na wezwa­nie do armii. Zacząłem się ukrywać, Rosjanie robili obławy na tzw. dezer­terów. Ukrywaliśmy się z kolegami, gdzie się dało. Pewnego dnia ułożyli­śmy się do snu w żyto. Nagle psy zaczęły wściekle ujadać i jak spod ziemi wyrosły cztery sylwetki żołnie­rzy radzieckich, którzy puścili szaleń­czą serię z karabinów. Jedna kula ugodziła mnie w kciuk lewej ręki, ale żołnierze nas nie dopadli. W końcu jednak 24.01.1952r. zostałem aresz­towany. Potraktowany jak dezerter w imieniu ZSRR otrzymałem wyrok 6 lat pozbawienia wolności.

Pierwszy etap kary rozpoczął się w więzieniu w Wołkowysku, następ­nie wywieziono mnie do Orszy. Tam po kilku dniach zostaliśmy wykupieni przez kupców jako tania siła robocza. Wybrano męż­czyzn pomiędzy 18 – 40 lat i wywieziono nas do obozu roboczego za Stalingrad, gdzie kopaliśmy kanał i bu­dowaliśmy śluzy na odcinku Wołga – Don.

Pod koniec czerwca 1952 r. wywieziono nas w kierunku Dniepropietrowska, gdzie blisko rok pracowałem jako murarz przy budowie miasta Bohdan Chmielnicki.

Po śmierci Stalina wła­dze radzieckie wydały akt łaski, na mocy którego daro­wano mi resztę kary i wróci­łem do domu. A już 6.09.1953r. po­nownie powołany zostałem do służby w Armii Radzieckiej. Tym razem zgło­siłem się na powołanie w Wołkowy­sku. I tego samego dnia ponownie zostaliśmy kupieni, tym razem przez rosyjskich marynarzy. Ostatecznym etapem był Półwysep Kolski, miasto Siewieromorsk, niezamarzający port nad Morzem Barentsa. Wraz z innymi zamustrowany byłem na okręcie w stopniu st. marynarza. Służba ta nie była zbyt uciążliwa. Jedyne co nas zżerało, to ogromna tęsknota za domem. Codziennie otrzymywaliśmy trzy podwójne posiłki z witaminami z powodu ciężkich warunków klima­tycznych (-45 st. C). W Siewieromorsku przeżyłem szokujące zjawisko białych nocy.

W międzyczasie mój wujek przy­słał zaproszenie, aby ściągnąć mnie do Polski. Dzięki tym staraniom skró­cona została moja służba i dnia 20.12.1956r. byłem już w Moszni. Radość i duma rozpierała moje tuła­cze serce, ale żal i smutek również w nim zagościły. W moim domu rodzin­nym mieszkali obcy ludzie. Ojciec mój zmarł, gdy przebywałem w wię­zieniu, matka z bratem Czesławem była już w Polsce. Swoje więc kroki skierowałem do siostry Weroniki, któ­ra tu jeszcze mieszkała z mężem i dziećmi. Z nimi spędziłem Wigilię. Pamiętam, jakby to było dziś…

Na stół położono siano, na to bia­ły obrus i różne potrawy (kutia z ma­kiem, miodem i pęczakiem, racuchy, śledzie, ryba smażona, grzybki, czer­wony barszcz z uszkami, kompot z suszonych jabłek i ciasta). Był opła­tek. Była choinka przystrojona łańcu­chami, które zrobiły dzieci. Na gałąz­kach wisiały jabłka, ciasteczka i świeczki. Przed łamaniem się opłat­kiem odmówiliśmy litanię do Pana Jezusa i modlitwę za zmarłych. Pró­bowaliśmy śpiewać kolędy, lecz oka­zało się to niemożliwe, słowa rwały się, więzły w gardle.

U siostry mieszkałem dwa miesią­ce, a 23.02.1957 r. przyjechałem do Łeby, gdzie nareszcie doszło do spo­tkania z moją matką, siostrą Leonar­dą i bratem Czesławem.

Swoją pierwszą pracę podjąłem w Państwowym Gospodarstwie Rybackim. Wkrótce poznałem swoją małżonkę. A było to tak: kie­dyś pierwszy raz przestąpiłem progi gospody Mewa. Rozejrzałem się i mój wzrok zatrzymał się na szczupłej czarnulce. Alinka tutaj pracowała, więc przychodziłem, aby się z nią widywać i porozmawiać. Widać i ja nie byłem Alince obojętny, bo po trzech miesiącach naszej znajomości zawarliśmy związek małżeński. Do­czekaliśmy się pięciorga dzieci i oraz wnucząt, z których jesteśmy bardzo dumni.

Obecnie jestem na emeryturze. Mimo upływu dziesiątek lat od tam­tych wydarzeń, często myślami do nich powracam. Całość rozważań koncentruję nad atmosferą ciepła i miłości, których doznałem w domu rodzinnym. Od dziecka wpajano nam prawdy świętej wiary i znaczenie ta­kich wartości, jak Bóg – Honor – Oj­czyzna. Dlatego, gdziekolwiek losy mnie zagnały, te wartości dawały mi siłę, aby przetrwać.