Pani Zuzanna Witkowska mieszka w Łebie od 1953 r., w najstarszym łebskim domu. U Pani Zuzanny miałam przyjemność poznać jej siostrę Marię Barańską, która przyjechała w odwiedziny. Obie Panie zaczęły snuć wspomnienia z lat dzieciństwa, gdy mieszkały w prześlicznej Kotlinie Kłodzkiej, w Międzylesiu…
Z rodzicami mieszkałyśmy na gospodarce. W naszej pamięci najbardziej utkwiły z tamtych czasów przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. Może dlatego, że święta przypadały w okresie mroźnych zim, gdy śnieg otulał wszystko miękkim puchem, a z dachów i drzew zwisały białe czapy. A kiedy świeciło słońce, wszystko skrzyło się srebrzyście, a my byłyśmy oczarowane niepowtarzalnym widokiem zimowej scenerii.
Okres przygotowań trwał dwa przedświąteczne tygodnie. Każdy miał wyznaczone zadania, dyrygentem rodzinnej orkiestry była mama.
I chociaż była niskiego wzrostu i drobniutka, odznaczała się pracowitością, a pod jej czujnym okiem nikt nie pozwolił sobie na żadne niedociągnięcia. Nam z rodzeństwem przypadły generalne porządki – mycie okien, pranie firan i pościeli na tarze oraz prasowanie żelazkiem „z duszą”. Najcięższą pracą było szorowanie podłóg z desek. Z rzeki przynosiło się piasek i miotłą z brzózek na kolanach szorowało się deski do białości.
Centralne miejsce w domu zajmowała obszerna kuchnia, w której królowała mama. W tym czasie wypiekała swojskie chleby oraz ciasteczka z dziurką, które układała w blaszanym pudełku. Ciasteczka miały być zawieszone na choince, ale my, małe łobuziaki, nie mogąc doczekać się świąt, ciasteczka podkradałyśmy. Gdy mama się zorientowała, wówczas mówiła: A wy złokrwie, już nabroiłyście, a tata tylko się łagodnie uśmiechał.
Do taty należało rąbanie drzewa na opał i do wędzarni oraz przygotowanie mięsa na przetwory. Tata rozbierał mięso, specjalnie je wyprawiał, po czym w soli układał do beczek i glinianych garnków w zimnych piwnicach. Wędliny i suchą słoninę układano do worków i zawieszano na strychu. Natomiast kaszankę i pasztetową gotowano w słoikach.
Jesienią suszono grzyby, śliwki, jabłka i gruszki – z myślą o świętach. Spora ilość jabłek leżała w skrzyniach, przełożona sianem. Aromat jabłek i wędzonek nęcił i kusił, ale wszystko widzące oczy mamy ostro nas łajały.
Dzień przed Wigilią mama rozpoczynała wypiek ciast i maślanych bułeczek – specjalnie dla taty. My pomagałyśmy przy ucieraniu maku, podawałyśmy mąkę, rozbijałyśmy jajka… W samą Wigilię raniusieńko tata wychodził do lasu i przynosił zieloniutki, pięknie pachnący świerk, obrabiał go i ustawiał w rogu kuchni. Cudowny zapach świerku zapowiadał nie lada przeżycia. My, dzieci, na gałązkach zawieszałyśmy jabłka, orzechy, bombki, ciastka z dziurkami, cukierki oraz ozdóbki z papieru i słomy, a tata przypinał świeczki.
W drugim rogu kuchni stał snop ze słomy na pamiątkę Stajenki, w której narodziło się Dzieciątko Jezus. Natomiast mama od rana gotowała potrawy wigilijne i świąteczne. Po zakończeniu tych prac ponownie sprzątałyśmy kuchnię, po czym rozpoczynał się cały ceremoniał w przygotowaniu do wigilijnej kolacji. W tym dniu nie wspomnienia wolno się było kłócić, tylko należało okazywać sobie wzajemnie życzliwość, aby cały rok dobrze się zapowiadał.
Na stół kładziono warstwę siana, biały obrus i kolejno kładziono: nakrycia dla domowników, bochen chleba, pośrodku stołu ozdobny talerz z opłatkiem, wokół zaś ustawiano dzbanek kompotu z suszu, barszcz czerwony z uszkami, kapustę z grochem, gołąbki z kasza jęczmienną i grzybami, ryby, śledzie w śmietanie, ziemniaki w mundurkach, ciasta i herbatę miętową.
Zanim rodzina zasiadła do stołu, mama szła z opłatkiem do obejść gospodarczych, w których były zwierzęta. Potem wspólnie spoglądaliśmy w niebo. Jeśli było pogodne, a do tego z gwiazdami, to wróżyło „rok nieśny” dla kur. A gdy było zasnute chmurami – „rok mleczny” dla krów.
Po tych oględzinach wszyscy stawaliśmy wokół stołu. Tata brał opłatek, łamał się z mamą, z nami i składał życzenia. Łamanie się opłatkiem miało zapewnić spokój, szczęście domowi oraz dostatek chleba. Po opłatku mama dziękowała Bogu za to, że jesteśmy razem, zdrowi przy wigilijnym stole. Wieczerzę spożywaliśmy w skupieniu i ze wzruszeniem. W trakcie kolacji zapalano świeczki oraz zimne ognie. I jak za sprawa czarodziejskiej różdżki nasze serca tez zapalały się – ogniem radości. Po kolacji czas upływał na śpiewaniu kolęd. A zawsze rozpoczynaliśmy od Wśród nocnej ciszy…
W pierwszy dzień Bożego Narodzenia rodzina spożywała lekkie śniadanie i wyruszaliśmy do kościoła. Po powrocie odpoczywaliśmy, posilaliśmy obfitszym jadłem (mięso, drób, wędliny, szynka, rosół, czernina). Rozmowy były już luźniejsze, ale nie zapominaliśmy o modlitwie i kolędach. Ten dzień spędzany był w zaciszu domowym.
Drugi dzień także rozpoczynaliśmy od kościoła, a później następowały wzajemne odwiedziny krewnych i sąsiadów z życzeniami i poczęstunkiem. Wspólnie śpiewaliśmy kolędy. My, dzieci, nareszcie mogłyśmy wyjść na dwór i poganiać, pobawić się śnieżkami, zjeżdżać z górki na pazurki, turlać się w miękkim śniegu i lepić bałwanka.
Z nutką żalu wspominamy każde Święta Boże Narodzenia spędzone z rodzicami, w rodzinnym domu, w krainie czarów. Do dnia dzisiejszego nie spotkałyśmy tak dobrego kucharza, cukiernika i organizatora w jednej osobie, jakim była nasza mama. Dwa lata temu, mając 90 lat, odeszła na wieczny spoczynek. Ale w naszej pamięci i naszych sercach pozostanie jako najlepszy „dyrygent życia”.
Na szczęście mamy siebie. Częsty kontakt pozwala na snucie wspomnień z tamtych najpiękniejszych lat…
- Witkowska Zuzanna z dziećmi
