Moje szczęśliwe miejsce na ziemi

Pani Agata, młoda i beztroska, razem z koleżanką postanowiła szukać pracy „gdzieś tam w Polsce, decyzja zapadła, że w Łebie…” Tak też się stało. Przyjechała do Łeby 1 lipca 1950 roku, a już 2 lipca (dzisiaj graniczyłoby to z cudem) zaczęła pracować w miejscowej gospodzie przy ulicy Kościuszki – obecny budynek „OW Sudety”. Łeba oraz praca kelnerki i bufetowej bardzo jej się spodobały. Kiedyś Łeba była malutką spokojną i cichą osadą rybacką tylko latem tętniła życiem – przyjeżdżali letnicy. Tak więc Pani Agata w okresie zimowym w gospodzie obsługiwała rybaków, a latem letników. W tej to gospodzie poznała właśnie swojego męża Klemensa, z którym przeżyła 48 lat. Pan Bóg obdarzył ich czwórką dzieci. Wychowywali je najlepiej jak umieli. Pani Agata spełniła się jako matka. Ze swoich dzieci jest bardzo dumna. Najstarszy syn Janek pracuje jako konsul w Brukseli, pozostali: Ela, Stasiu i Tereska są blisko mamy. Często się spotykają.

Pani Agata swoje życie od młodych lat powierzała Bożej Opatrzności. Patrząc na Panią Agatkę widzę zawsze uśmiechniętą i pełną optymizmu twarz. Pamiętam, jak w czasie długotrwałej choroby męża codziennie rano przychodziła na mszę św., by zaraz potem biec i służyć przy łóżku. Z Eucharystii czerpie siły do pracy. Mimo zmartwień i trosk emanuje z niej ciepło i dobroć. Wiem, bo niejednokrotnie się o tym sama przekonałam. „Pani Agatko, upiecze pani ciasto na festyn? Pani Agatko, potrzebne są wianuszki na ławki na I Komunię, Pani Agatko, poprowadzi Pani różaniec przy zmarłym?” i tak można mnożyć nasze prośby, a Pani Agata tak jak kiedyś, tak i teraz zawsze służy pomocą bez rozgłosu. Cicha, skromna, ale o wielkim sercu dla swoich najbliższych i wszystkich wokół.

Siedzimy i oglądamy albumy ze zdjęciami. Na jednych rodzina, na innych znajomi, przyjaciele. Zdjęcia wywołują wspomnienia, towarzyszy nam wzruszenie, nawet łezka zakręciła się w oku. Są zdjęcia ze świąt i z zabawy, z pracy i codziennego życia, i te z pielgrzymek. Bo w podziękowaniu Panu Bogu za wszystko dobro, którego doświadczyła w swoim życiu, Pani Agata jak tylko mogła, to wyjeżdżała na pielgrzymki. Pielgrzymki dodawały jej skrzydeł, energii i naładowywały Bożą Miłością. Był taki czas, że wyjeżdżała parę razy do roku (dzieci już były duże, a mąż zdrowy). Była w Częstochowie, Kodniu, Gietrzwałdzie, Warszawie, Obrze , Markowicach, Licheniu, Niepokalanowie, Rzymie i w Lourdes. Wszędzie oddawała hołd Matce Bożej, wszędzie powierzała każdy swój kolejny dzień i swoją rodzinę Panu Bogu.

I chociaż nie jest już teraz taka młoda, jak kiedyś na swoich pielgrzymkach, to nadal jest radosna, pogodna i uśmiechnięta. Lubię z nią rozmawiać, zaraża optymizmem, nie narzeka, nie biadoli, a przecież by mogła, jej też jest czasami źle i ciężko. „Lepiej się pomodlić – Pan Bóg wysłucha…”

Pani Agatko, mam nadzieję, że Pan Bóg wysłucha i mojej modlitwy w Pani intencji i spełni się Pani wielkie marzenie, pielgrzymka do Fatimy, czego z całego serca życzę. Wiem też na pewno, że tak jak kiedyś z różnych pielgrzymek, tak też i z Fatimy wróci Pani do „swojego szczęśliwego miejsca na ziemi, do Łeby”, by dalej tak zwyczajnie żyć.