I tak już będzie do końca

Elfrieda Maria Stenzel urodziła się w 1930 r. we wsi Ła­będź, dzisiejszym Łebieńcu. Tą i okoliczne wioski, jak również Łebę zamieszkiwała ludność niemiecka. Gdy Elfrieda miała trzy lata, rodzina przeprowadziła się do Rąbki, gdzie ojciec dostał pracę w lesie. Elfriedzie przybyło ro­dzeństwa, razem było ich pięcioro. Do Łeby chodzili do kościo­ła (zboru), do szkoły i po zakupy. Ze wzglę­du na strzeżone tereny wojskowe w okolicach Rąbki mieli specjalne legitymacje, które uprawniały ich jako mieszkańców tamtej okolicy do przekraczania mostu.

Nadszedł rok 1945, koniec wojny. Przyszli Rosjanie. Grabili, gwałcili kobiety, zgwałcili siostrę Elfriedy, zabrali wszystkich mężczyzn z Rąbki. Kobiety i dzieci wywieźli w Wielki Piątek do majątku koło Białogardy. Wywiezieni pracowali tam za żyw­ność. Do Rąbki wrócili pieszo po siedmiu tygodniach, sprawdziwszy wcześniej, czy nie ma już we wsi Ro­sjan. Rodzinne domy zastali zupełnie puste, ograbione. W stajniach została śruta, na polach przemarznięte kar­tofle, później w lesie grzyby. Dzięki temu przetrwali trudny czas głodu. Nowa rzeczywistość była bardzo trudna dla wszystkich. Na Rąbce zno­wu było wojsko, teraz tylko w innych mundurach, znowu było okazywanie dokumentów na moście.

Elfrieda przyjęła chrzest w koście­le św. Mikołaja, obierając imię Maria. Matka z czwórką dzieci wyjechała do Wolina, a później do Warcemina, do pracy w pegeerze, bo nie chciała wy­jeżdżać do Niemiec, lecz tutaj czekała na powrót męża zabra­nego przez Rosjan (nie wrócił nigdy). 15-letnia Maria El­frieda, mówiąca tylko po niemiecku, zo­stała sama w Łebie. Zatrudnił ją doktor Lucjan Greczko. Po trzech latach, gdy doktor wyjechał, poszła do pracy w zieleńcu miejskim i dostała z prezydium mieszkanie na ulicy Pocztowej. Wkrótce zaczęła pracować na budowie, cały czas ucząc się języka polskiego.

W 1957 roku w czasie kolędy o. Alfred Rodzynek, który nastał po tragicznej śmierci o. Józefa Napierały, dowiedziawszy się, że Maria pracuje na budowie, zaproponował jej rolę gospodyni na plebanii. Od tego cza­su rozpoczął się trwający do dzisiaj związek Pani Marii z oblacką parafią i kuchnią. Pomoc w domu parafial­nym nie oznaczała oczywiście końca zarobkowej pracy pani Marii. Po dziesię­ciu latach w charakterze pomocnika na budowie następne zatrudnienie znalazła w Rybmorze. Tam poznała swojego przyszłego męża Kazimie­rza Tosika. Pobrali się w 1962 roku, w 1972 kupili dom na ul. 1 Maja. Przed wojną w tej części Łeby mieszkały rodziny wojskowych (SA Siedlung). Rodzina dawnych właścicieli odwiedza Tosików („chwalą, że dom zadbany”). W1987 r. zmarł mąż pani Marii.

Pani Maria dalej pomaga w pa­rafialnej kuchni, ostatnio przyucza do gotowania brata Tomasza („już coraz lepiej mu idzie”). Ma swoje stałe miejsce w naszym kościele („i tak już będzie do końca”). Za­pytana o przyrządzane przez siebie potrawy z dorsza powiedziała nam o klopsikach w sosie pomidorowym, które zrobiła na 50. lecie parafii („i chyba zrobię im takie na Wigilię”). A na pytanie, czy nigdy nie chciała wyjechać do Niemiec, odpowiedzia­ła: Nie, nie chciałam wyjechać. Nie ma to jak u nas w Polsce.

8 grudnia 2005 roku Pani Maria z rąk o. Józefa Niesłonego, wika­riusza prowincjalnego polskich oblatów, otrzymała oblacki krzyż jako Honorowa Oblatka, zasłużona dla Zgromadzenia Oblatów i naszej parafii. 13 lutego 2012 Pani Maria Tosik umarła.

Wyżej przywołany artykuł o Niej pochodzi z listopada 1999 roku. Wówczas był opublikowany w na­szym parafialnym magazynie pod tytułem „Nie ma to jak u nas w Pol­sce”. A teraz na tytuł wybraliśmy inne słowa Pani Marii „I tak już będzie do końca”…