Długo czekałem na taką chwilę, a ona przyszła niespodziewanie, taka ciepła i spontaniczna. Zaintonowałem więc pieśń „Wojenko, wojenko”, co podchwyciły natychmiast moje rozmówczynie i wspólnie zaśpiewaliśmy jeszcze kilka innych. Wzruszenie było tak ogromne, że rozpłakałem się jak dziecko. Długo tłumione uczucia żołnierza puściły, a serce ganiało jak oszalałe. Nie wstydzę się tych łez, bo po nich nastąpiło ukojenie i wyciszenie, co dało siłę do snucia wspomnień.
Ja, Antoni Horanin urodziłem się w 1920 r. w Swobodzie pow. Wilejka, woj. wileńskie. W roku 1936 z rodziną wyjechaliśmy do Porafino, woj. Dzisna. Właśnie stąd w 1944 r. zostałem powołany do II Armii Wojska Polskiego – 37. Pułk (w randze starszego telefonisty) pod dowództwem gen. Karola Świerczewskiego. Po mobilizacji wywieziono nas za Smoleńsk na trzymiesięczne ćwiczenia. Żołnierzy zżerała tęsknota za rodzinnym domem. Aby przetrwać, każdy ranek zaczynaliśmy od polskich pieśni żołnierskich i partyzanckich („Serce w plecaku”, „Wojenko, wojenko”, „Hej, strzelcy wraz!” i inne). Pieśni te towarzyszyły nam w czasie marszu na ćwiczenia i w drodze powrotnej. Żaden dzwon, ani świst i huk pękających bomb i pocisków nie był w stanie zagłuszyć pieśni, które wyrywały się z dziesięciu tysięcy polskich gardeł. To one dodawały otuchy i wiary, rozgrzewały serca, osuszały łzy, które często płynęły po żołnierskich twarzach.
Po zakończeniu ćwiczeń wywieziono nas wagonami bydlęcymi do wsi Mazdy w woj. lubelskim. Był wrzesień 1944 r., zostaliśmy zatrudnieni u rolników do kopania ziemniaków. Po siedmiu dniach zostałem „kupiony” przez polskiego kapitana i wraz z innymi żołnierzami trafiliśmy do Pruszyna również w woj. lubelskim. W styczniu 1945 r. wyruszyliśmy do Warszawy, a 20 marca nasz front zaczął się przemieszczać w kierunku na Poznań, Wrocław i Zgorzelec i zatrzymał się nad rzeką Nysą. Aby zdobyć Zgorzelec, Niskie i Budziszyn, musieliśmy sforsować Nysę. Pod Budziszynem wpadliśmy w zasadzkę. Zostaliśmy otoczeni szczelnym kordonem wojsk niemieckich. Przewaga liczebna Niemców i ich wyposażenie zbrojne spowodowały, że z trzech dywizji pozostało nas niewielu. Duży odsetek żołnierzy ginął pod gradem kul lub został wymordowany. Morale żołnierzy zostało zachwiane, więc ratowali się ucieczką. Dowództwo nie panowało nad sytuacją. Ta nierówna walka trwała ok. miesiąca. Żadne usta, ani pióro nie są w stanie opisać okrucieństwa wojny i przeżyć człowieka. Od dnia mobilizacji zawsze odczuwałem subtelną pieczę Opatrzności, która pozwoliła mi wyjść obronną ręką z najbardziej tragicznych sytuacji. W sukurs przybyła nam 10. Dywizja II Armii WP, która jako zapasowa stacjonowała w Rzeszowie.
Po wyjściu z okrążenia pomaszerowaliśmy do Czechosłowacji, aby pomóc oczyścić Pragę z niemieckiej okupacji. Pragę zdobywaliśmy jako pierwsi polscy żołnierze. Nawet wojska alianckie wkroczyły w trzy dni po nas.
Po Pradze nastąpił powrót do kraju – Legnica, woj. wrocławskie. W lipcu 1945 r. skierowano nas w Bieszczady do Sanoka, gdzie wchodziliśmy w skład 8. Dywizji II Armii WP. Naszym zadaniem było zwalczanie band UPA, które dokonywały masowych rzezi ludności polskiej na obszarze południowo – wschodniej Polski. W grudniu 1945 r. zostałem zwolniony do cywila.
W Wigilię razem z trzema kolegami znalazłem się w Gdyni. Pewien wojskowy zaproponował nam wyjazd na Ziemie Odzyskane, aby rozpocząć nowe życie. Bez namysłu wsiedliśmy do pociągu i rano w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia wysiedliśmy w Jeleniej Górze. Potem 10-kilometrowy marsz do wsi Maciejowa. Przywitał nas sołtys i na okres świąt rozgościł u gospodarzy, mnie zostawiając u siebie. Po dwóch dniach udaliśmy się w dalszą wędrówkę do wsi Komarno. Przez dwa lata pracowałem w bardzo trudnych warunkach w Kowarskiej Kopalni Rudy. Ze względu na stan zdrowia podjąłem się pracy rolnika na własnym gospodarstwie i trwało to 11 lat. Miałem już żonę. A było to tak. W 1948 r. do Jeleniej Góry przyszedł transport sybiraków, których rozwieziono po wioskach. Na gospodarstwo rolne mojego kolegi frontowego trafiła kobieta z synem i trzema córkami. Ja zwróciłem uwagę na 18-letnią pannę, która dziergała na drutach. Skoro potrafi robić na drutach – pomyślałem sobie -na pewno posiada wiele innych, cennych umiejętności i zalet. Nie będę szukał miejskiej panny, gdy w zasięgu ręki jest taki SKARB.
Będąc lojalny wobec kolegi, zapytałem go, czy ma plany wobec Broni, bo mnie ona bardzo się podoba. Na szczęście okazało się, że kolega adorował młodszą z sióstr. Wkrótce Bronia została moją żoną. Dochowaliśmy się czwórki dzieci. Ponieważ dzieci często chorowały, lekarz zalecił nam, aby zmienić klimat i osiąść na terenach nizinnych. I tak w grudniu 1958 r. objęliśmy gospodarstwo rolne w Łebie. Tutaj rosły nasze dzieci, doczekaliśmy się wnuków. W 1980 r. gospodarstwo przekazaliśmy na Skarb Państwa za rentę rolniczą.
Cztery lata temu zmarła moja Bronia.
Nie zapominają o mnie dzieci i wnuki. Pomagają w zakupach, sprzątaniu, prowadzimy ciekawe rozmowy. A mnie – ojca i dziadka – rozpiera wielka duma, że w tej samotności nie jestem sam.
Do dnia dzisiejszego głęboko wierzę, że to Boska Opatrzność czuwała nade mną. W okresie wojennej zawieruchy wychodziłem szczęśliwie z największych opresji, wytrzymałem twarde, żołnierskie życie. Moje modlitwy zostały wysłuchane przez Pana Boga, jak i mojego patrona św. Antoniego. Dlatego często sobie powtarzam: „żołnierze strzelali, Pan Bóg kule nosił”. Nadal się modlę i proszę o wsparcie duchowe, bo człowiek obdarzony miłością Boga kroczy prostą drogą i zawsze jest otwarty na drugiego człowieka.
Dzisiaj mam 83 lata i mimo wielu trudnych wyzwań, jakie niesie życie, nadal czuję się bardzo młodo. Za zasługi w walce z okupantem otrzymałem trzy odznaczenia, w tym szczególnie drogi mojemu sercu Krzyż Walecznych. W 2001 r. Prezes Rady Ministrów przyznał mi tytuł Weterana Walk o Wolność i Niepodległość Ojczyzny.
Kończąc chciałbym przywołać kilka wersów z „Pieśni Strzeleckiej”, które głęboko zapadły w moje serce:
Czy przyjdzie nam umrzeć wśród boju,
Czy w tajgach Syberii nam zgnić,
Z trudu naszego i znoju
Polska powstała, by ŻYĆ!
Dziękuję za to spotkanie. Polecam Bogu i Matce Boskiej wszystkich łebian, moją rodzinę i siebie. Dziękuję!
- Antoni Horanin z wnuczką
